1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Bruksela może ciąć fundusze za podważanie państwa prawa

16 lutego 2022

TSUE odrzucił wniosek o anulowanie reguły „pieniądze za praworządność”. Ale na razie głównym narzędziem nacisku na Polskę pozostaje KPO. Bruksela już weszła do gry wokół projektów prezydenta i PiS co do sądownictwa.

https://p.dw.com/p/475Yt
Wyrok TSUE. Bruksela może ciąć fundusze za podważanie państwa prawa
Wyrok TSUE. Bruksela może ciąć fundusze za podważanie państwa prawaZdjęcie: Alexandre Marchi/MAXPPP/dpa/picture alliance

Trybunał Sprawiedliwości UE (TSUE) odrzucił dziś (16.2.2022) skargi Polski i Węgier, które domagały się unieważnienia przepisów „pieniądze za praworządność”, twierdząc, że są niezgodne z traktatami unijnymi. Skarga rządu Mateusza Morawieckiego zawierała aż jedenaście zarzutów (w dużej mierze pokrywających się z zarzutami węgierskimi) wobec Parlamentu Europejskiego oraz Rady UE (to ministerialni przedstawiciele 27 krajów UE), czyli wobec unijnych prawodawców odpowiedzialnych za przyjęcie spornego rozporządzenia. Ze względu na rangę sprawy TSUE orzekał – co zdarza się wyjątkowo rzadko – w pełnym składzie. I odrzucił argumenty Warszawy i Budapesztu.

Polskie władze próbowały przekonywać w TSUE m.in. o wadliwej podstawie prawnej dla „pieniędzy za praworządność”, co miałby uniemożliwiać Brukseli poprawne posługiwanie się pojęciem „państwa prawa”. Ponadto rząd Morawieckiego oskarżał instytucje UE o bezprawne omijanie postępowania z artykułu 7, w którym do nałożenia sankcji trzeba jednomyślności pozostałych krajów Unii. W zaskarżonym rozporządzeniu wystarcza głosowanie większościowe. Natomiast nowych przepisów oprócz euroinstytucji broniło w TSUE aż dziesięć krajów, czyli Niemcy, Francja, Hiszpania, Irlandia, Belgia, Holandia, Szwecja, Dania, Finlandia oraz Luksemburg.

Premierzy Węgier i Polski: Viktor Orban i Mateusz Morawiecki
Premierzy Węgier i Polski: Viktor Orban i Mateusz MorawieckiZdjęcie: Omar Marques/Getty Images

– Mechanizm z rozporządzenia kwestionowanego przez Polskę i Węgry został przyjęty na właściwej podstawie prawnej, zachowuje spójność z procedurą ustanowioną w art. 7 TUE i nie przekracza granic kompetencji przyznanych Unii, a także szanuje zasadę pewności prawa – ogłoszono dziś w unijnym Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu.

Sprawa w polskim TK 

Obecnie przepisami „pieniądze za praworządność” zajmuje się również polski Trybunał Konstytucyjny, po raz kolejny nie uznając prymatu TSUE w dziedzinie wykładania prawa unijnego. Jednak rozstrzygnięcie TK, niezależnie od treści, z prawnego punktu widzenia nie będzie mieć wpływu na stosowanie „pieniędzy za praworządność”. To rozporządzenie o procedurze przeprowadzanej przez instytucje UE mieszczące się w Brukseli. Wniosek o zawieszenie wypłat (lub ostatecznie ich redukcję) z budżetu UE (w tym z Funduszu Odbudowy i innych unijnych funduszy opartych na wspólnej kasie unijnej) ma składać Komisja Europejska, a zatwierdzać Rada UE głosami co najmniej 15 z 27 krajów Unii obejmujących 65 proc. mieszkańców UE. Polska z budżetu UE dostaje około 3,5 raza więcej pieniędzy niż wkłada w składkach.

Przepisy „pieniądze za praworządność” formalnie obowiązują już od początku 2021 r., ale Komisja Europejska – choć europosłowie zaskarżyli ją z tego powodu do TSUE za bezczynność (sprawa jest w toku) – dotrzymywała obietnicy danej premierom Mateuszowi Morawieckiemu i Viktorowi Orbanowi, że nie będzie składać wniosków o cięcia funduszy aż do dzisiejszego wyroku TSUE. Dotychczas Komisja tylko wysłała do Warszawy i Budapesztu pisma oficjalnie dopytujące o naruszenia praworządności (oba rządy odrzuciły zarzuty).

Jednak dzisiejsze orzeczenie TSUE nie oznacza, że groźba sankcji jest bardzo rychła. Komisja Europejska jeszcze musi, „uwzględniając orzeczenie TSUE”, sfinalizować swe „wytyczne” do przepisów „pieniądze za praworządność”. A nawet gdyby stało się to już za dwa albo trzy tygodnie, to od startu procedury do ewentualnego zawieszenie wypłat i tak musiałoby minąć – wedle nieoficjalnych wyliczeń Brukseli – co najmniej pięć-sześć miesięcy.

Orban bardziej zagrożony

Głównym powodem odroczenia rzeczywistego startu „pieniędzy za praworządność” (obietnica czekania na wyrok TSUE i uwikłane Brukseli w sporządzanie „wytycznych”), na co zgodził się szczyt UE z grudnia 2020 r. w zamian za uchylenie weta wobec Funduszu Odbudowy, były zabiegi Orbana, by uniknąć groźby cięć przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech z wiosny tego roku. I ten cel Węgra, który zręcznie zwiększył swą wagę negocjacyjną dzięki sojuszowi z Morawieckim, w praktyce został już osiągnięty.

Ale dla Orbana rozporządzenie „pieniądze za praworządność” nadal pozostaje (o ile Fidesz wygra kwietniowe wybory) znacznie groźniejsze niż dla władz Polski. Przepisy dotyczą bowiem cięć pod dwoma równoczesnymi warunkami: po pierwsze to naruszenia państwa prawnego, a po drugie to wpływ tych naruszeń „w sposób wystarczająco bezpośredni” (lub poważne ryzyko takiego wpływu) na należyte zarządzanie funduszami unijnymi lub na ochronę interesów finansowych Unii. A rząd Orbana jest od lat oskarżany m.in. przez opozycję o nadużycia z funduszami unijnymi. Gospodarowanie unijnymi pieniędzmi w Polsce nadal jest oceniane w Brukseli jako poprawne.

Dlatego w przypadku Polski głównym i przynajmniej na razie najdotkliwszym narzędziem Komisji Europejskiej nadal jest egzekwowanie orzeczeń TSUE (kara za niezawieszenie Izby Dyscyplinarnej wynosi już 105 mln euro i każdego dnia zwiększa się o kolejny milion) oraz negocjacje co do Krajowego Planu Odbudowy.

Niedawne projekty zmian w sądownictwie, które przestawił prezydent Andrzej Duda oraz posłowie PiS, odmroziły rozmowy z Brukselą w sprawie KPO. Te poufne kontakty ponownie idą w kierunku zapisania wymaganych zmian sądowych jako „kamieni milowych” w KPO, po których osiągnięciu (uchwaleniu i wdrożeniu zmian w sądach), czyli w optymistycznym scenariuszu tego lata lub wczesnej jesieni, do Polski popłynęłyby pierwsze pieniądze z KPO.

KPO. Polska prosi i straszy

Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej, już w październiku 2021 r. publicznie postawiła polskim władzom trzy warunki: jasne zobowiązanie w sprawie likwidacji Izby Dyscyplinarnej (chodzi o jej usunięcie z systemy dyscyplinowania sędziów), zobowiązanie do zmiany systemu dyscyplinarnego, rozpoczęcie procesu przywracania sędziów odsuniętych od orzekania. Jak wynika z naszych informacji, Komisja w kontekście KPO nadal skupia się na tych trzech tematach. Natomiast zastrzeżenia co do Krajowej Rady Sądownictwa („neo-KRS”), których nie rozwiązują projekty Dudy i posłów PiS, Komisja pozostawia – tak było od początku rozmów o KPO – w ramach odrębnego, przewlekłego postępowania z artykułu siódmego.

W sprawie KPO pod ogromną presją czasu jest Polska, bo już do końca tego roku aż 70 proc. funduszy trzeba rozpisać na projekty, więc wskutek opóźnień z KPO rośnie ryzyko kłopotów z „absorpcją pieniędzy” (ich częściowego przepadnięcia). Ale jednocześnie instytucje UE obawiają się, że rząd Morawieckiego w odwecie za brak KPO zacznie wetować, co się da w Unii Europejskiej. Wprawdzie w bliskiej przyszłości da się niezbyt wiele, ale Bruksela nieco lęka się aż tak toksycznej eskalacji.

Polska dyplomacja w ostatnich dniach mgliście sugerowała, że mogłaby nawet nie poprzeć deklaracji szczytu UE-Afryka w tym tygodniu (na razie te ostrzeżenia nie są brane na poważnie) w odwecie za zablokowany KPO. Ryzyko w najbliższych miesiącach mogłoby też dotyczyć m.in. pakietu reform związanych z kryzysem klimatycznym „Fit-For-55”, choć jednomyślności potrzeba tylko dla jednego z kilkunastu jego elementów (zmiany w Energy Tax Directive, bez której pakiet się nie zawali), a także minimalnej stawki CIT zgodnej z niedawnymi ustaleniami OECD. W kwestiach podatkowych w Unii trzeba jednomyślności 27 krajów.